fot. Adobe Stock Tylko raz wydusił z siebie, że mnie kocha. Przy oświadczynach. I zabrzmiało to jakby recytował wykutą na blachę lekcję. Ja go bardzo kochałam, był porządnym chłopakiem z górniczej rodziny. Troszczył się o rodziców i był mi wierny. Ale czasami miałam wrażenie, że dla niego miłość to jakieś słowo wymyślone przez nawiedzonych poetów. Był szorstki w obyciu, nie znosił, kiedy okazywałam słabość. Raz moja siostrzenica, którą się opiekowaliśmy przez weekend, spadła z roweru i bardzo płakała. – Przestań beczeć, to tylko potęguje ból – powiedział do niej, stawiając rower. – Nie umrzesz od tego. Przeżyłam to bardziej niż Ania. Dotarło do mnie, że wyszłam za faceta, który może i był porządny, ale też kompletnie pozbawiony wrażliwości. Mieliśmy za dużo problemów, żebym się nad sobą użalała. Nie mogłam znaleźć pracy, a Eryk harował po dwanaście godzin. Nie oczekiwałam, że będzie mnie pocieszał, bo po raz kolejny nie przeszłam rozmowy albo współczuł mi, gdy wylałam sobie wrzątek na nogę. Mój ból i strach go irytowały, dlatego ukrywałam emocje. Ciebie w ogóle nie obchodzi, że mój ojciec umiera! – On jest jak robot – zwierzyłam się siostrze. – Gdybym miała wypadek i wykrwawiała się u jego stóp, on nawet by się nie zdenerwował. – Ale na pewno udzieliłby ci fachowo pierwszej pomocy – zażartowała. – Chyba wolałabym, żeby reanimował mnie ratownik, a mój własny mąż w tym czasie rwał włosy z głowy i był przerażony, że mogę umrzeć! Rozmawiałyśmy wtedy z Moniką o śmierci i o tym, jak byśmy sobie poradziły, gdyby którejś z nas albo naszemu tacie coś się stało. Obie byłyśmy bardzo emocjonalne i zgodnie stwierdziłyśmy, że coś takiego to byłby koszmar, dramat i nie wiadomo, czy dałybyśmy sobie z tym radę. Dosłownie kilka tygodni później u naszego taty zdiagnozowano nowotwór. Późne stadium, rokowania bardzo złe. To był szok. Dostałam histerii, krzyczałam, że ojciec ani nikt z nas na to nie zasługuje. Eryk jak zwykle nie okazał żadnych emocji. – Ciebie to w ogóle nie obchodzi, że on umiera! – wrzeszczałam na męża. – Nic cię nie obchodzi! Ty nie masz żadnych uczuć! Nikogo nie kochasz! I nie rozumiesz co to znaczy kochać! Każdy psycholog by mi wtedy powiedział, że nie złościłam się na Eryka, tylko na sytuację. Czułam się bezradna i przerażona chorobą taty, więc wyładowałam gniew na mężu. Ale nawet to go nie ruszyło. – Dobrze, że nie pracujesz – stwierdził spokojnie. – Będziesz miała czas dla ojca. Powinnaś spędzać z nim jak najwięcej czasu, póki żyje. Nie wierzyłam, że mówił to tak beznamiętnie. Przecież tu chodziło o to, że mój tato umierał! Układanie planu działań i harmonogramu spotkań z nim nie było w stanie ani zatrzymać choroby ani ukoić mojego bólu! Ale mój mąż kompletnie tego nie rozumiał. Dla niego zawsze liczyły się obowiązki, dokładny plan na życie i to, żeby pokonywać przeszkody bez użalania się nad sobą. Lekarze dawali mojemu ojcu kilka tygodni. I bez rad Eryka wiedziałam, że powinnam spędzić ten czas z tatą, okazując mu jak najwięcej miłości. Ale on nie chciał leżeć w domu. Był jeszcze silny i mógł wychodzić. Prosił więc, żebyśmy zawiozły go do ogrodu botanicznego, do zoo, na ryby. Spełniałyśmy te prośby, połykając łzy. – Kotku, płakać będziesz jak umrę, teraz chcę cię widzieć uśmiechniętą – prosił. – No już, opowiem ci kawał… Ale nie interesowały mnie żadne dowcipy. Patrzyłam na ojca niknącego w oczach i w żaden sposób nie mogłam powstrzymać łez. Oczywiście nie miałam wsparcia w mężu. Eryk, owszem, pytał mnie o samopoczucie ojca, o to, co można jeszcze dla niego zrobić, ale nie widziałam na jego twarzy smutku. Któregoś razu ojciec znalazł gdzieś plakat o pokazach motocyklowych i bardzo chciał tam pojechać. Motocykle od zawsze go fascynowały. Monika tego dnia była na wycieczce szkolnej z klasą, więc to ja miałam towarzyszyć tacie. Niestety rano obudziłam się z gorączką, nie byłam nawet w stanie zwlec się z łóżka. Przez ostatnich kilka tygodni życia chodził w niej non stop – Ja zawiozę ojca – oznajmił Eryk. – A praca? – zapytałam. – Szef miał was awansować w tym tygodniu. – Są sprawy ważne i ważniejsze. Ta jest ważniejsza – odpowiedział tylko. Dużo ryzykował, powiadamiając firmę w ostatniej chwili, że nie przyjdzie. Jak go znałam, nawet nie wymyślił żadnego kłamstwa. Mógł stracić ten awans, a może i posadę. Ojciec zadzwonił do mnie ze zlotu. Był zachwycony. Od dawna nie słyszałam go tak podekscytowanego. W tle ryczały motocykle, ktoś coś zapowiadał przez megafon, tata krzyczał, że wreszcie spełnił swoje marzenie i przejechał się na harleyu. – Wyślę ci zdjęcie, czekaj – i chwilę później telefon zawibrował, informując, że dostałam wiadomość. Ojciec pozował na ogromnym chopperze, zapierając się butami o ziemię i uśmiechając szeroko. Miał na sobie skórzaną kurtkę z logo producenta. Przypomniałam sobie, że przez całe nasze dzieciństwo i młodość fascynował się nie było go stać na motocykl, ale marzył o skórze. Kiedyś słyszałam, jak matka powiedziała, że nie ma mowy, by wydał na skórzaną kurtkę równowartość tego, co idzie na utrzymanie całej naszej rodziny. Któregoś razu, jak byłam mała, tata zaciągnął mnie nawet do sklepu motocyklowego i zaczął wypytywać brodatego sprzedawcę o ceny kurtek. Nie pamiętam, ile kosztowały, ale ojciec wyszedł stamtąd zgaszony i smutny. Zrozumiał, że przy dwójce dzieci nigdy nie będzie mógł sobie pozwolić na spełnienie marzenia. „Fajna skóra” – odpisałam, ciesząc się, że ktoś mu ją pożyczył. Dla ojca na pewno wiele to znaczyło. „Też mi się podoba. A jaka jest miła w dotyku!” – odpisał. Pomyślałam od razu, że pewnie chciałby ją mieć na sobie dłużej niż tych kilka sekund. Może razem z Moniką mogłybyśmy mu ją kupić? Wpisałam do wyszukiwarki „skóra” „harley” i „cena”. Znalazłam model podobny do tego, w którym pozował mój ojciec. Jego wymarzona skóra kosztowała ponad cztery tysiące. Do dzisiaj mi wstyd, ale pomyślałam wtedy, że nie ma sensu kupować tak drogiej kurtki, bo ojciec ponosi ją najwyżej parę tygodni. Tata odszedł dokładnie miesiąc później. Miałam tyle szczęścia, że mogłam się z nim pożegnać. Oczywiście ryczałam jak bóbr. On z kolei był konkretny, chciał mi dać kilka ostatnich rad na resztę życia. Jedna z nich mnie zszokowała. – Nie kładźcie mnie do trumny w tej skórze – powiedział cicho. – Była potwornie droga, powinniście ją sprzedać i spłacić pożyczkę. – O czym ty mówisz, tato? – zawołałam skonsternowana, a z jego miny wyczytałam, że zdradził mi tajemnicę, której nie powinien. I w ten sposób dowiedziałam się, że mój mąż, którego miałam za niewrażliwego i pozbawionego empatii, kupił swojemu umierającemu teściowi wymarzoną skórzaną kurtkę, zaciągając na nią kredyt gotówkowy. Eryk nie chciał, żebym się o tym dowiedziała, bo za bardzo martwiłabym się długiem, więc poprosił tatę, żeby nie mówił o tym mi ani Monice. Przed śmiercią ojciec wyznał mi, że te przez tych ostatnich kilka tygodni życia chodził w niej non stop, nawet po domu. Tak się nią cieszył. Zgodnie z życzeniem taty, nie pochowaliśmy go w jego ukochanej skórze, ale też jej nie sprzedaliśmy. Zachowałam kurtkę, mam nadzieję, że kiedyś będzie w niej chodził mój syn. Jeśli będę go mieć, opowiem mu o dziadku, dla którego zawsze najważniejsza była rodzina i o tacie, który może nie umie okazywać uczuć, ale za to ma złote serce i potrafi dostrzec, czego potrzebują inni. Po tej historii przestałam obwiniać męża o niewrażliwość. Już wiem, że jeśli nawet nie głaska mnie po głowie, kiedy mam jakiś problem, to zrobi wszystko, żeby go dla mnie rozwiązać. I może nie jest facetem, który przyniesie mi kwiatki, ale jeśli będzie trzeba, założy dla mnie ogród i będzie go codziennie uprawiał, by mnie uszczęśliwić. Tak właśnie okazuje miłość i to nauczyłam się w nim doceniać. Więcej prawdziwych historii:„Nie chciał mieć ze mną dzieci, ale potajemnie planował przyszłość z kochanką. Ja już nie miałam szans na ciążę…”„Poniżał mnie i bił. Gdy okazało się, że jestem w ciąży, kazał mi ją usunąć. A ja liczyłam, że zostawi dla mnie żonꔄPrzez starania o dziecko prawie rozpadło się moje małżeństwo. Nic nie było dla mnie ważniejsze, nawet miłość męża”
Spięci i zamknięci. Introwertycy najlepiej czują się w pojedynkę.Jeśli w grę wchodzi stworzenie związku, może to rodzić pewne trudności. Oto, co temat osób z taką osobowością piszą internauci: „Nie nadają się do związków, lepiej dla nich i dla otoczenia, gdy zrezygnują ze związków w ogóle”; „Nie jest łatwo zadawać się z introwertykiem – wydaje się, że oniBy Katarzyna Smutek Opublikowane 25 Maj, 2020 Rodzinne spotkania, podczas których nieodmiennie pada pytanie o sprawy sercowe młodszej części familii, stały się tak powszechne, że większość z nas choć raz odczuła presję ze strony babci lub mamy, by wreszcie kogoś sobie znaleźć. Babciom i mamom nie należy się dziwić, w końcu jeszcze kilkadziesiąt lat temu życie w pojedynkę było nie do pomyślenia (Czernecka, 2011). Dziś chcemy inaczej, co widać po statystykach – w 2019 roku odsetek samotnych Polaków wzrósł niemal do 20% (Gadomska, 2019). A tam, gdzie pojawiają się trendy, wkraczają naukowcy. Wina zmian społecznych? Socjologowie przyczyn obecnego zjawiska upatrują w przekształconym społeczeństwie (Czernecka, 2011; Palus, 2010). Zniknął tradycyjny podział ról w rodzinie, płeć piękna ruszyła do pracy i całkiem nieźle radzi sobie z rozwijaniem kariery, przez co coraz więcej kobiet odwleka decyzję o macierzyństwie, wiedząc, jak ciężko pogodzić życie zawodowe z prywatnym. Nie bez znaczenia jest wydłużenie okresu edukacji wśród młodych, którzy pozostają w rodzinnych domach i opóźniają w ten sposób wejście w dorosłość, nikogo też już nie dziwi, że żyjemy bez partnera, tworzymy związki kohabitacyjne lub angażujemy się w niezobowiązujące seksualne przygody. Jednak kluczowa wydaje się zmiana wartości – zaczęliśmy stawiać przede wszystkim na własny rozwój, autonomię czy spełnienie marzeń, a relacje postrzegamy przez pryzmat tego, co możemy z nich wynieść dla siebie. Kopmy głębiej Czy w takim razie single stanowią produkt społecznego systemu? Niekoniecznie. Jak pokazują badania Katarzyny Palus (2010), czynniki osobowościowe mogą odgrywać niemałą rolę wśród uwarunkowań braku partnera. Chcąc się przekonać, czy single różnią się czymś od swoich rówieśników będących w związkach, przeprowadziła szereg badań kwestionariuszowych dotyczących stylów przywiązania, umiejętności społecznych oraz doświadczeń w kontaktach romantycznych. Wyszło jej, że osobami samotnymi kieruje wysoki lęk przed odrzuceniem i niski komfort podczas sytuacji intymnych, a ich kompetencje w zakresie nawiązywania oraz utrzymywania relacji są słabiej rozwinięte. Dlaczego? Niewykluczone, że wszystko wynika z braku doświadczenia – będąc jeszcze w szkole, single rzadziej umawiali się na randki, nie przeżywali pierwszych miłości i przeważnie utrzymywali kontakty tylko z własną płcią, przez co ominęła ich możliwość sprawdzenia, jak to jest być z kimś blisko. W rezultacie niewiedza odnośnie tego, co robić w sytuacji sam na sam czy jak zachowywać się podczas randki, może prowadzić do lęku przed takimi sytuacjami. A skoro unika się zaangażowania, jednocześnie traci się szansę na zdobycie odpowiednich umiejętności, których brak nie pozwala na nawiązanie satysfakcjonującej relacji… I tak rodzi się błędne koło. Nie mam, bo… Sami single powodów swojej samotności upatrują w przeróżnych kwestiach (Czernecka, 2011). Są osoby z niechęcią podchodzące do stałego zaangażowania, ponieważ na co dzień obserwują nieszczęśliwe związki swoich przyjaciół, mają za sobą złe doświadczenia, takie jak porzucenie i zdradę, lub małżeństwo ich rodziców nie układało się pomyślnie. Na przeciwległym biegunie znajdują się ci, którzy wierzą w miłość idealną i wciąż szukają swojej „drugiej połówki”, odrzucając kandydatów niespełniających wysokich wymagań. Łączy ich przeświadczenie, że lepiej wracać do pustego mieszkania niż męczyć się z kimś niewłaściwym. Nierzadko też kobiety wolą wieść życie w pojedynkę ze względu na negatywne spostrzeganie współczesnych mężczyzn, którzy według nich boją się partnerek inteligentnych, samodzielnych i na wysokich stanowiskach. Nieśmiałość, niskie poczucie własnej wartości czy trudności w nawiązywaniu relacji z płcią przeciwną cechują kolejną grupę badanych. Często dochodzą do tego nieudane próby znalezienia partnera i brak zainteresowania ze strony tych, z którymi można byłoby stworzyć coś więcej. Co ciekawe, wielu singli nawet nie zadaje sobie trudu, by zainicjować kontakt – szczególnie wśród pań wciąż panuje przekonanie, że pierwszy krok należy do mężczyzny, więc trzeba poczekać, aż miłość sama je odnajdzie. Nie wszyscy jednak na nią czekają. Spore grono osób nie angażuje się w związki z własnego wyboru. Jedni dają sobie czas na oddech po trudnym rozstaniu, drudzy uważają siebie za typ indywidualistów, a jeszcze inni poświęcają się karierze zawodowej lub też własnej rodzinie, twierdząc, że nikt nie pokocha ich tak mocno, jak rodzice. Tak! Jak widać, obraz prawdziwego singla znacząco odbiega od stereotypowego egoisty, dla którego liczy się jedynie kariera i dobra zabawa. Choć nadal brakuje rzetelnych badań o powodach życia bez partnera, dziś już wiemy, że są one zróżnicowane, więc nikogo nie można wrzucić do jednego worka. Wiele osób korzysta z uroków samotności, ale drugie tyle cierpi i często nie rozumie, czemu ich rówieśnicy zakładają rodziny, a oni wciąż nikogo nie spotkali. Być może w przyszłości psychologowie bardziej zainteresują się ich losem, pomogą przełamać lęki czy porzucić nierealistyczne marzenia, by na pytanie: „A chłopaka jakiegoś masz?” mogli odpowiedzieć w końcu: „Tak!”. Bibliografia: 1. Czernecka, J. (2011). Wielkomiejscy single. Warszawa: Wydawnictwo Poltext; 2. Gadomska, H. (2019). Już 7,5 mln singli w Polsce. Co sprawia, że wiele osób pozostaje samotnymi? 3. Palus, K. (2010). Wybrane psychologiczne uwarunkowania braku partnera życiowego w okresie wczesnej dorosłości. Poznań: Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zrzuciłaś torbę na podłogę patrząc na Kookiego raz psa, którego widziałaś pierwszy raz w życiu. -Oh, witaj kochanie - Jungkook zdając sobie sprawę z Twojej obecności spojrzał kątem oka, witając się z Tobą po czym wrócił do zabawy z dużym puchatym psem, któremu podobało się to w jaki sposób chłopak wygłupiał się z nim.
fot. Adobe Stock, Darren Baker Jestem okropnym zmarzluchem, a i tak uwielbiam zimę! Gdy siedzę w domu przy kominku, a za oknem pada śnieg, moje serce promienieje radością... Bo właśnie zimowe wieczory najmocniej przypominają mi czas, gdy spotkałam miłość mojego życia. Miłość, która trwa do dziś, choć przecież nie powinna, bo była efektem... głupiego młodzieńczego wybryku! Na szczęście los okazał się dla mnie wyrozumiały, za co nigdy nie przestanę być mu wdzięczna. W dzieciństwie byłyśmy nierozłączne Przyszłam na świat na Górnym Śląsku. Tatuś był górnikiem, mama zajmowała się domem i nami – bliźniaczkami: mną, Marysią, zwaną Masią, oraz Basią, która wyglądała niemal jak ja. Nasi rodzice byli skromni i bogobojni, więc nie wiem, dlaczego ja i Baśka przypominałyśmy diablice. – Maśka! Baśka! Was ktoś chyba w szpitalu podmienił! – rodzice nieraz załamywali ręce przez nasze wybryki. Cóż, trudno byłoby podmienić bliźnięta, ale faktycznie byłyśmy jak nie z tej rodziny. Wymyślanie niemądrych psikusów stanowiło naszą specjalność. Zawsze stałyśmy za sobą murem. Byłyśmy nierozłączne. Najgorzej mieli z nami nauczyciele w szkole. Nigdy nie wiedzieli, czy do odpowiedzi wstaje ta z nas, którą wywołali... I mieli rację, że wątpili! Ja byłam lepsza z polskiego, Basia z matmy, więc podszywałyśmy się pod siebie nawzajem, w zależności od sytuacji i potrzeby. I to bezkarnie, bo jedynymi ludźmi na świecie, którzy potrafili nas rozróżnić, byli nasi rodzice. Ale choć mama i tato kładli nam do głów, że uczciwość jest w życiu najważniejsza, to i tak nasze „czarne charakterki” brały zwykle górę. Na przykład wtedy, gdy podwędziłyśmy z muzeum... zabytkowy krucyfiks. Oczywiście, „w bardzo szczytnej sprawie”. W naszym domu hołdowało się bowiem starej górniczej tradycji. I gdy tatuś wychodził na szychtę, za każdym razem żegnał się z rodziną niezwykle uroczyście. To taki śląski zwyczaj na wypadek, gdyby górnik już spod ziemi nie wrócił. W tym zawodzie nigdy nic nie wiadomo. – Pamiętajcie, że bardzo was kocham – mówił tato przed każdym wyjściem do kopalni, po czym całował mamę i nas, a na koniec krucyfiks, który mamusia zdejmowała ze ściany w przedpokoju. Byłyśmy identyczne Ten codzienny rytuał był bardzo poruszający, nic więc dziwnego że, pobudzał naszą szaloną fantazję. Miałyśmy z Basią może po 8 lat, gdy ze szkolną wycieczką pojechałyśmy do muzeum. Pech chciał, że w nieoszklonej gablocie stał piękny, zabytkowy krucyfiks. Basia wpatrywała się w rzeźbioną figurkę Jezusa na krzyżu jak zaczarowana, po czym oznajmiła mi: – Wiesz co, Masia, on byłby dobry do całowania przez tatusia... I mama nie musiałaby go za każdym razem ze ściany ściągać, bo przecież jest stojący. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że nikt z pracowników muzeum nie zauważył, jak dwie smarkule wynoszą w tornistrze cenny eksponat. Co się potem rodzice wstydu za nas najedli! A jaką miałyśmy w domu awanturę! Szkoda gadać… I takie właśnie z nas były ancymonki. W dodatku zawsze wobec siebie lojalne, murem za sobą stojące, gotowe oddać za siebie dusze. Nie było mocnych na nasz siostrzany duet! Więź, która nas łączyła, wydawała się niezniszczalna. A jednak los postanowił poddać ją próbie. Miałyśmy wtedy po 17 lat i, jak to dziewczęta, marzyłyśmy o miłości. Nieraz zamiast spać, chowałyśmy się w nocy pod koc i opowiadałyśmy sobie o tym, jak wyobrażamy sobie „tego jedynego”. Jak łatwo przewidzieć, nasze wyobrażenia na temat męskiego ideału były łudząco do siebie podobne. – A może wyjdziemy kiedyś za mąż za tego samego faceta? Będziemy zmieniać się co drugi dzień. On się i tak niczego nie domyśli, a my będziemy mieć co drugi dzień luz – pajacowała nieraz Baśka, a ja zaśmiewałam się z tych jej żartów do łez. I żadnej z nas nawet przez głowę nie przeszło, że w całkiem niedalekiej przyszłości to właśnie miłość do tego samego mężczyzny nas nieuchronnie podzieli... Moja siotra poszła na imprezę sama Tamtej soboty miałyśmy iść z Basią na wspólną imprezę urodzinową naszych trzech koleżanek. Czekała wynajęta sala, zaplanowano tańce i pyszny poczęstunek. Wprost nie mogłyśmy się doczekać! – Może poznamy jakichś fajnych chłopaków? – marzyłyśmy podekscytowane. W noc poprzedzającą imprezę nie mogłam z tego wszystkiego zasnąć. I myślałam, że to z emocji brzuch mnie tak boli. Prawda okazała się jednak inna... Dopadła mnie grypa jelitowa. I choć mama od rana faszerowała mnie jakimiś specyfikami, o żadnym wyjściu na zabawę nie mogło być już mowy. – No nie, co za przeklęty pech! – aż się rozpłakałam ze złości i bezsilności. – Trudno, pójdę sama... – stwierdziła Basia. – A ty, Maśka, wracaj szybko do sił. I nie martw się, odbijemy sobie wspólną zabawę innym razem – westchnęła, patrząc na mnie ze współczuciem. Ależ jej zazdrościłam, gdy wyszykowana jak królewna wychodziła wtedy z domu! Zazdrościłam siostrze, że się zakochała Wróciła aż po północy, podejrzanie zaróżowiona i... tajemnicza. – Poznałam kogoś. Ma na imię Marek – wyszeptała rozmarzona. – To chyba miłość od pierwszego wejrzenia. Marek jest taki wspaniały! Ale wszystko opowiem ci jutro... Jestem okropnie zmęczona – powiedziała i poszła spać. Jednak z naszej rozmowy następnego dnia nic nie wyszło. Okazało się bowiem, że jelitówka dopadła i Baśkę! Siostra była zielona na twarzy i słaba jak papier. W tych mało romantycznych okolicznościach ciężko było rozmawiać o miłości... Tyle dobrego, że ja czułam się już znacznie lepiej. Po południu wyszłam nawet na chwilę przed dom, bowiem zimowe słoneczko pięknie świeciło. Właśnie wystawiałam twarz do słońca, gdy.. – Cześć, piękna! – usłyszałam za sobą czyjś głos i szybko się naszą furtką stał chłopak. Wysoki, ciemnowłosy, przystojny. Jak z naszych dziewczyńskich marzeń! Jej ukochany pomylił mnie z Basią – Basiu... – patrzył na mnie z zachwytem. – Wiem, że się nie umawialiśmy na dzisiaj, ale przyszedłem, bo od wczoraj, kiedy cię odprowadziłem pod tę furtkę, nie mogę przestać o tobie myśleć! Może... zgodzisz się pójść ze mną na spacer? To musiał być ten chłopak, którego moja siostra poznała na imprezie. Zapamiętałam, że ma na imię Marek. I już otwierałam usta, by mu wyjaśnić, że nie jestem Basią, tylko jej siostrą bliźniaczką, Marysią, kiedy... Do dziś nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zrobić ten głupi żart. W każdym razie nagle postanowiłam podszyć się pod siostrę. Dla zabawy. Przynajmniej na początku to była zabawa. – Cieszę się, że przyszedłeś! – uśmiechnęłam się pięknie do Marka. – Bardzo chętnie pójdę z tobą na spacer. „Baśka pęknie ze złości, albo raczej ze śmiechu, jak jej opowiem, co wykręciłam!” – zaśmiewałam się w duchu. Bo naprawdę miałam zamiar tylko zażartować z sytuacji i szybko ją odkręcić… Szybko się w nim zakochałam Poszliśmy wtedy z Markiem nad rzekę. Promienie słońca cudownie odbijały światło w tafli wody i oszronionych gałęziach. Świat wyglądał jak z bajki! Marek opowiadał o sobie. Okazało się, że jest studentem drugiego roku polonistyki. Jego tato zmarł krótko po narodzinach jedynego syna, więc Marek wychował się w domu pełnym kobiet: oprócz mamy i babci miał aż trzy starsze siostry! „To pewnie dzięki temu jest taki... delikatny” – myślałam. Bo tak ładnie mówił o swojej rodzinie, o życiu w ogóle. Rozmawiało mi się z nim jak z najlepszą przyjaciółką. I sama nie wiem, kiedy poczułam, że... nie chcę „oddawać” go Basi. – Mam wrażenie, że jesteś dziewczyną, na którą czekałem od dawna – nagle Marek spojrzał mi prosto w oczy. Poczułam, że mam miękkie nogi, serce mi galopowało. Już wiedziałam, że będę brnąć w to paskudne oszustwo... Byle tylko być blisko tego cudownego chłopaka. Udawałam, że nic się nie zmieniło Gdy nasz wspaniały spacer dobiegł końca, poprosiłam Marka, żeby nie odprowadzał mnie pod sam dom. – Rodzice mogą się wkurzyć – skłamałam, a tak naprawdę bałam się, że Baśka wypatrzy nas przez okno naszego pokoju. – Przecież wczoraj na imprezie mówiłaś, że twoi rodzice są w porządku – chłopak popatrzył na mnie zdziwiony. Oblała mnie fala gorąca. Skąd mogłam wiedzieć, co siostra mu naopowiadała?! – Yyyy – zająknęłam się. – Są bardzo w porządku, ale wiesz... Po prostu mam jutro ważny sprawdzian i obiecałam im, że wykuję materiał na blachę, a sam widzisz, że raczej nie siedzę nad książkami – plątałam się w wyjaśnieniach. Na szczęście Marek mi uwierzył. – Spotkamy się jeszcze? Może jutro? – spytał, patrząc na mnie ciepło. – Dobrze – zarumieniłam się. Wróciłam do domu podekscytowana i... już zakochana. Ale przecież nie mogłam tego po sobie pokazać. Ani zwierzyć się siostrze, choć w każdej innej sytuacji zrobiłabym to od razu. Za to Basia, która czuła się już lepiej, przez cały wieczór opowiadała mi o Marku... Jak się poznali, o czym rozmawiali, jaki on jest. Czułam się jak ostatnia zdrajczyni. I miałam momentami chęć powiedzieć jej prawdę, odkręcić wszystko. Ale... nie zrobiłam tego. Ukrywałam przed Basią swój związek Przez kolejne tygodnie, a potem miesiące, w tajemnicy przed wszystkimi spotykałam się z chłopakiem, na którego punkcie po prostu oszalałam... Zresztą z wzajemnością. Na szczęście ukochany rzadko zwracał się do mnie imieniem „Basia”. Najczęściej nazywał mnie swoim „Słoneczkiem”, albo „Ślicznotką”, więc nie pamiętałam, że wciąż go oszukuję... Tym bardziej że uczucie między nami kwitło jak najpiękniejsze kwiaty. Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach – w dobie internetu i telefonów komórkowych – sprawa szybko by się wydała. Ale wtedy nie mieliśmy w domu nawet telefonu stacjonarnego. Nie bałam się więc, że Marek zadzwoni pewnego dnia, poprosi do telefonu Basię i wszystko natychmiast się wyda. Dręczyły mnie za to zupełnie inne koszmary. Moja siostra była zalamana, że Marek się nie odzywa Moja siostra, do niedawna najbliższy mi człowiek na świecie, była wciąż załamana, że chłopak, po którym tyle sobie obiecywała, nie dawał znaku życia... Mogła mówić o tym godzinami, co dla mnie – z oczywistych przyczyn – było prawdziwą katuszą! Zaczęłam więc unikać Basi, przez co ona cierpiała jeszcze bardziej, bo mnie znała i widziała, że coś jest nie tak. Próbowała wyciągnąć ze mnie, o co chodzi, lecz przecież nie mogłam powiedzieć prawdy. Po kilku miesiącach byłam już tak wyczerpana tą całą sytuacją i ukrywaniem się przed bliskimi, że w końcu postanowiłam wyznać, co zrobiłam. Zwłaszcza, że Marek bardzo chciał poznać moich rodziców i siostrę... Nie powiedziałam jej prawdy, los mnie przechytrzył W duchu liczyłam, że po pierwszym szoku wszyscy wybaczą mi oszustwo, którego się dopuściłam. Nie przewidziałam tylko, że losu przechytrzyć się nie da. A ten postanowił rozdać karty po swojemu. To był zwyczajny, czwartkowy wieczór, jakich wiele. Wraz z Basią i rodzicami jedliśmy akurat kolację przy stole, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. – Kogo tam niesie? – zdziwił się tato. Poszedł otworzyć, a po dłuższej chwili wrócił, ale nie był sam.– Basiu, ktoś do ciebie – powiedział z tajemniczym uśmiechem do mojej siostry, prowadząc za sobą taszczącego wielki bukiet kwiatów Marka. Boże... Nigdy nie zapomnę miny Baśki, kiedy go ujrzała. Wyglądała, jakby zaraz miała wybuchnąć ze szczęścia... – Marek. Tak długo czekałam. – zerwała się od stołu i rzuciła mu w objęcia. Zaczęła przytulać się do mojego chłopaka, wycierać łzy radości. – Czemu tak długo milczałeś? – pytała. Tymczasem moje policzki dosłownie płonęły. Spuściłam nisko głowę, ale... Niestety. Szybko zrozumiałam, że jednak jest na świecie ktoś jeszcze – poza naszymi rodzicami – kto już potrafi odróżnić mnie od siostry. Marek kochał mnie, a serca oszukać się nie da, nawet największym podobieństwem fizycznym. Ludzie przecież inaczej pachną, mają inny tembr głosu, inne gesty. Mój ukochany wyczuł, że coś nie gra. Bardzo dziwnie patrzył na tulącą się do niego Basię... Potem przeniósł pytający wzrok na mnie. Trzęsącymi się z nerwów rękami poluzowałam na szyi kolorową apaszkę, którą Marek podarował mi zaledwie dzień wcześniej... Już wiedziałam, że stało się najgorsze. On się wszystkiego domyśla.– Basiu? – Marek odsunął od siebie moją siostrę i patrzył w moją stronę. – To ja jestem Basia. – roześmiała się tymczasem moja bliźniaczka. – A tam siedzi Marysia. Wspominałam ci przecież wtedy na imprezie, że jesteśmy do siebie bardzo podobne – trajkotała. Ze wstydu chciałam zapaść się pod ziemię Marek upuścił na podłogę kwiaty i patrzył na mnie coraz bardziej przerażony. – Wszystko w porządku? – Basia najwyraźniej nadal niczego nie rozumiała. – Nie sądzę... – wyszeptał mój chłopak, a w jego oczach widziałam tylko ból. – Oszukałaś mnie! – powiedział. – Marku, przepraszam! Ja... Ja wszystko ci wytłumaczę. – rozpłakałam się. Ale on już nie chciał niczego słuchać. Sprawa była jasna, a sytuacja żenująca. Obrócił się na pięcie i wybiegł. – O co tu chodzi?! – ciężką ciszę, która nagle nastała, przerwało pytanie taty. – O co tu, do cholery, chodzi?! – A kto to w ogóle był? – w końcu i mama odzyskała mowę. – Zapytaj swoich córeczek! – warknął tato. – Ja wiem tyle, że ten miły młody człowiek powiedział mi w drzwiach, że przyszedł do Basi, bo się w niej zakochał i chce jej zrobić niespodziankę, a poza tym poznać jej rodziców i siostrę. Ale coś mi się wydaje, że te nasze córki nigdy nie zmądrzeją! A przynajmniej jedna... Maryśka, natychmiast mów, o co tu chodzi?! – tato zawsze był bardzo bystry. Nie miałam wyjścia... Szczerze i bez owijania w bawełnę opowiedziałam mojej rodzinie wszystko po kolei. Siostra mnie znienawidziła – Nienawidzę cię – to były jedyne słowa, jakie usłyszałam wtedy od siostry. Przeszyły mi serce jak ostry nóż. Zaczął się najtrudniejszy czas w moim życiu. Marek zniknął, a ja tęskniłam za nim tak bardzo, aż bolało mnie serce. Nie mogłam już żyć bez jego dotyku, zapachu, głosu... To była prawdziwa katorga. Basia wyprowadziła się do innego pokoju i traktowała mnie jak powietrze. Znałam ją i wiedziałam, że naprawdę mnie znienawidziła. A to bolało jeszcze mocniej niż tęsknota za ukochanym. Na domiar złego zbliżała się nasza matura. Siostra jakoś się pozbierała i zasiadła do nauki, ja jednak nie umiałam się ogarnąć. Egzamin dojrzałości oblałam. Kolejne miesiące spędziłam w domu. Niby miałam szukać pracy, a popołudniami przygotowywać się do poprawki matury w następnym roku, ale na nic nie miałam siły ani ochoty. Byłam jak wyprana z życia. Prawdę mówiąc, jedyne, o czym wtedy marzyłam, to żeby zasnąć i już się nie obudzić... Tysiące razy przepraszałam Basię, ale siostra wciąż nie chciała mnie znać. Czułam się fatalnie. I nie wiem, czym by się cała sprawa dla mnie skończyła, gdyby nie to, że los się wreszcie nade mną ulitował. I udowodnił, że miłość – jeśli jest prawdziwa – potrafi pokonać wszystkie przeszkody. Tamten cud wydarzył się zimą – dokładnie rok po oszustwie. Znów był wieczór w domu i dzwonek do drzwi. I tato, który poszedł otworzyć i wrócił... z Markiem! Przecierałam oczy zszokowana, jednocześnie gotowa na najgorsze ciosy. – Dzień dobry – powiedział tymczasem Marek, patrząc mi w prosto w oczy. – Brzydzę się kłamstwem, ale czas pokazuje, że jednak nie umiem bez ciebie żyć... Pokochałem cię i nie umiem tego w sobie zwalczyć. Czy moglibyśmy raz na zawsze wyjaśnić tę sytuację i spróbować jakoś się z nią zmierzyć? – spytał po prostu. – Ale ja... Ja po prostu... – plątałam się z nerwów. – Naprawdę mi wybaczysz? – Już ci wybaczyłem. Dlatego tu jestem. Jednak musisz przy całej swojej rodzinie uroczyście obiecać, że już nigdy nikogo z tu obecnych nie oszukasz. Padłam na kolana i płacząc złożyłam uroczystą przysięgę. Czułam prawdziwą skruchę i przysięgałam szczerze. Siostra nie potrafiła mi wybaczyć W tym roku mija już 25 lat, jak Marek i ja jesteśmy małżeństwem. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to wyjątkowo szczęśliwy związek. Jak rzadko który... – Po prostu miłość – uśmiecha się ciepło mąż, gdy wracamy do wspomnień. Doczekaliśmy się dwójki dzieci. Jestem szczęśliwa, choć bardzo długo na tym moim szczęściu była poważna rysa. Basia przez wiele lat nie potrafiła mi do końca wybaczyć. I wcale się jej zresztą nie dziwię. Musiało naprawdę dużo wody w Wiśle upłynąć, zanim wreszcie odnalazłyśmy dawną więź. Z niczego tak się nie cieszę, jak z tego. Ale to już materiał na osobną opowieść... Powiem tylko tyle, że po tym wszystkim prędzej dałabym sobie rękę uciąć, niż odważyłabym się znów skrzywdzić ukochaną siostrę. W każdym razie ona też znalazła w końcu swoją wielką miłość i została mamą. Dziś nasze rodziny mieszkają blisko siebie, a my z Baśką wciąż jesteśmy podobne do siebie jak dwie krople wody i... nadal miewamy szalone pomysły. – Baśka, Maśka! Was ktoś chyba w szpitalu podmienił, wariatki wy nasze kochane. – nieraz chichoczą nasi mężowie, bardzo ze sobą zaprzyjaźnieni, a w ich głosach słychać prawdziwą miłość. Czytaj więcej prawdziwych historii:„Wychowuję córkę siostrzenicy, która się jej wyrzekła. Teraz próbuje mi ją odebrać, a mała płacze, że się zabije”„Czuję się jak zboczeniec, bo nie potrafię przestać myśleć o siostrze - i to w sposób, w który żaden brat nie powinien”„Kuzynkę żony poznałem jeszcze na studiach. Zuza nie ma pojęcia, w czym pomogłem Iwonie...”